Z twórczością Bernarda Cornwella po raz pierwszy zetknęłam się w liceum, kiedy przeczytałam „Zimowego monarchę”. Później zapomniałam o autorze na całe lata, aż ostatnio przypomniałam sobie o nim dzięki Instytutowi Wydawniczemu ERICA. W ten sposób sięgnęłam po trzeci tom z cyklu „Wojny Wikingów”, mianowicie „Panów Północy”. I wcale nie przeszkadzało mi, że nie czytałam (jak zwykle jak to ja) dwóch wcześniejszych części. Autor tak skonstruował przygody Uhtreda, że zaczynając je w dowolnym momencie będziemy wiedzieć o co chodzi.
Jest rok 878. Anglosasi króla Alfreda wygnali wikingów z Wessexu. Uhtred – bohater zwycięskiej bitwy, decydującej o losach królestwa Zachodnich Sasów – wyrusza na północ Brytanii. Chce pomścić przybranego ojca, przed laty zdradziecko zamordowanego przez zaprzysięgłego wroga, duńskiego jarla Kjartana Okrutnego.
Krainy Północy pogrążają się w chaosie wojny domowej. Uhtred, zebrawszy nieliczną drużynę, sposobi się do starcia z nieprzyjacielem, kryjącym się za murami niezdobytej twierdzy Dunholm. Jednak los szykuje mu wiele niespodzianek – minie dużo czasu, nim zemsta zostanie dopełniona, a walki o ziemie Północy wygrane.*
Cornwell niewątpliwie stworzył kolejne arcydzieło. Nie umknął mu żaden szczegół, dostosował język do epoki, ale nie przesadził i powieść dobrze się czyta. Bardzo obrazowo przedstawił stroje codziennie i te przeznaczone do walki, kolczugi, tarcze, miecze. Plastycznie odmalował przebieg bitew, a gdy Uhtred przebywał na statku, czułam jakbym była w jego skórze. Wszystkie te elementy, a do tego niewątpliwy talent pisarski sprawiają, że Cornwell jest niekwestionowanym mistrzem powieści historycznej, a ja z przyjemnością będę sięgać po jego kolejne tytuły.
